poniedziałek, 11 kwietnia 2016

DWAJ PANOWIE N



Był trzeci dzień maja 1891 r. W setną rocznicę uchwalenia słynnej konstytucji, warszawscy patrioci – studenci, postanowili zorganizować manifestację. Nielegalną oczywiście. Tłum wyległ na ulice i uformował pochód. Jeden z dorożkarzy, niezadowolony z blokady chciał koniecznie przebić się przez ludzką masę. Ponieważ manifestanci mieli gdzieś jego pohukiwania, zaczął „wyrąbywać” sobie przejście batem. Nagle z tłumu wyskoczył młody student, chwycił końską uzdę, zaś dorożkarza zdzielił kijem przez plecy. „- Co to za jeden?” rzucił pytanie świadek zdarzenia do swego towarzysza. Ten przyglądając się zmrużonymi oczyma chudej sylwetce pogromcy dorożkarza odparł po chwili namysłu: „- To dawny uczeń Szkoły Rysunkowej a obecnie student Akademii w Petersburgu – niejaki Niewiadomski”.





Takie były początki politycznego zaangażowania przyszłego „królobójcy”. Gdyby nie ów polityczny mord, który wstrząsnął Polską, Eligiusz Niewiadomski stałby się pełnoprawnym członkiem tzw. pokolenia niepokornych, które wywalczyło niepodległość. Kim był morderca pierwszego prezydenta Odrodzonej Rzeczypospolitej? Malarzem, historykiem sztuki, krytykiem, pedagogiem, wykładowcą wielu uczelni wreszcie publicystą i autorem cenionych książek o malarstwie. Jego zaangażowanie polityczne wynikało z tradycji rodzinnych. Jako syn powstańca styczniowego nie mógł być obojętny na sprawę polską. Najpierw działał w tajnych kółkach uczniowskich, w Petersburgu był prezesem organizacji polskich studentów. Od 1897 r. należał do Ligii Narodowej, z członkostwa której zrezygnował jednak podczas rewolucji 1905 r. Wówczas chciał, aby narodowcy zorganizowali antyrosyjską akcję dywersyjną w Królestwie Polskim. Do piłsudczyków się jednak nie zbliżył, a po wybuchu I wojny światowej odrzucał możliwość współpracy z obozem Komendanta. Nawiązuje ją jednak w 1920 r. podczas wojny z bolszewikami. Służy w II Oddziale Sztabu Głównego. Po demobilizacji wraca na urzędniczą posadę w Ministerstwie Kultury i Sztuki.


Ofiarą Niewiadomskiego stała się również nietuzinkowa osoba. Gabriel Narutowicz, szlachcic ze Żmudzi, podobnie jak jego kat, był potomkiem powstańca styczniowego. Inżynier, konstruktor, budowniczy hydroelektrowni w kilku miejscach europy Zachodniej, profesor na Politechnice w Zurychu, po powrocie do kraju w 1919 r. minister robót publicznych oraz szef MSZ. W grudniu 1922 r. wybrany przez Zgromadzenie Narodowe pierwszym Prezydentem Odrodzonej Rzeczypospolitej. 





16 grudnia 1922 r. podczas otwarcia wystawy w warszawskiej „Zachęcie” Eligiusz Niewiadomski, stanąwszy w niedalekiej odległości od prezydenta Narutowicza, oddał w jego kierunku trzy strzały z rewolweru. Prezydent zginął na miejscu a jego zamachowiec oddał się w ręce policji bez próby stawiania najmniejszego oporu. 30 grudnia 1922 r. Niewiadomski skazany został na karę śmierci. W czasie trwania procesu, sam, tej właśnie kary dla siebie żądał. Wyjawił także wtedy motywy swojego okrutnego czynu – Narutowicz, człowiek Piłsudskiego, współodpowiadał za lewicowy, zdaniem Niewiadomskiego, rozkład narodu i państwa. Gdy stanął przed plutonem egzekucyjnym miał wykrzyknąć: „Ginę za Polskę, którą gubi Piłsudski!”.






Tyle wiemy na pewno. Czy jednak Niewiadomski działał sam i jakie były prawdziwe przyczyny tego zabójstwa – pozostaje niewiadomą. 


Proces Niewiadomskiego trwał jeden dzień. Jakby ktoś chciał szybko wyeliminować go spośród żywych i zatrzeć ślady. Jeden dzień, mimo, że zgłoszono sądowi wiadomość wymagającą sprawdzenia. Otóż w dniu zabójstwa prezydenta, lecz na kilka godzin przed faktem, były adwokat i redaktor dwóch wychodzących w Sosnowcu pism, Władysław Ludwik Evert miał poznać plany zamachu oraz personalia prezydenckiego zabójcy. Sąd postanowił nie przesłuchiwać tego świadka, aby nie przedłużać procesu. Po II wojnie wyszło na jaw, że Evert był, podobnie jak Eligiusz Niewiadomski, związany z II Oddziałem Sztabu Generalnego. Czy zatem II Oddział Sztabu Generalnego maczał palce w zamachu? Czy Józef Piłsudski i jego polityczny obóz planowali przejęcie władzy w drodze zamachu stanu już cztery lata przed słynnym majem?


W dniu zaprzysiężenia Narutowicza – 11 grudnia 1922 r. na ulice Warszawy wylegli jego polityczni wrogowie, aby wyrazić swe oburzenie. Wyszli też sprzymierzeńcy spod znaku Polskiej Partii Socjalistycznej. W tym czasie nie palono opon, ani nie ograniczano się do rzucania petard. Strzelano. Podczas starcia zastrzelono robotnika Jana Kałuszewskiego. Pogrzeb ofiary politycznych walk miał odbyć się…w dniu zamachu na prezydenta. Jak pisał po latach polityk PPS Adam Pragier, a za nim Jędrzej Giertych, w czasie pogrzebu owego robotnika, po informacji o zamachu na prezydenta, pod wpływem wzburzenia, od uczestników pogrzebu odłączyć się miała bojówka PPS i dokonać likwidacji przeciwników Narutowicza wg sporządzonych wcześniej list proskrypcyjnych. Morderstwa te miały być przeprowadzone właśnie przez PPS, a nie jawnych piłsudczyków, aby marszałek mógł wkroczyć jako „mąż opatrznościowy”, neutralny wobec prawicy i lewicy, który zakończy rozlew bratniej krwi.

 
Plan nie powiódł się przez Ignacego Daszyńskiego, który dowiedziawszy się o nim kategorycznie zakazał warszawskiej PPS brania w tym udziału. To między innymi o Daszyńskim Józef Piłsudski wyraził się wcześniej słowami „kury wam szczać prowadzać a nie politykę robić”. 


Czy zatem Eligiusz Niewiadomski i Gabriel Narutowicz byli jedynie pionkami w "wielkiej grze" Józefa Piłsudskiego?






ZAPRASZAMY NA STRONĘ:


http://www.lucastour.com.pl/



https://www.facebook.com/lucastour.rumia/


JA NIE SKAPITULUJĘ!!! WOJNA PUŁKOWNIKA DĄBKA Część 2





Stanowisko dowódcy Lądowej Obrony Wybrzeża objął pułkownik Stanisław Dąbek dopiero w lipcu 1939 r. Wtedy pojawił się w Gdyni.

- To i ciebie tu zesłano! Po jaka cholerę? – wykrzyknął podpułkownik Ignacy Szpunar na widok przyjaciela. – Dobrze jest witać starego towarzysza broni.

Ściskając go Dąbek odrzekł: - Na tutejszego Focha, bracie! Raz kozie śmierć!

Gen. Bortnowski wyjednał sobie w Sztabie Głównym nadzór nad Lądową Obroną Wybrzeża z prawem decyzji i rozkazodawstwem. W ten sposób płk Dąbek otrzymał dwu przełożonych: dowódcę Floty i dowódcę armii "Pomorze". "Pierwszy z nich nie doceniał roli wojsk lądowych, drugi był generałem typu salonowego, pewnym siebie w warunkach pokojowych niż wojennych. Obaj byli daleko: pierwszy obcy duchem, drugi – też nie bliski i aż w Toruniu."

- Panie pułkowniku, czy wobec konfliktu pomiędzy nami chce Pan u mnie służyć? – zapytał Dąbka gen. Bortnowski.

- Panie generale, ja nie służę generałom, służę Polsce – odparł sucho pułkownik.




Siły, które pozostawały do dyspozycji nowego dowódcy, delikatnie mówiąc, nie były imponujące. Składały się nań 1 i 2 morski batalion strzelców oraz Morska Brygada Obrony Narodowej ( 2 - gim morskim batalionem dowodził właśnie ppłk Szpunar).
Tylko nadludzkie wysiłki płka Dąbka i podległych mu oficerów sprawiły, że z chwilą wybuchu wojny udało się zwiększyć liczbę żołnierzy z 5 do 15 tysięcy i postawić pod bronią jedenaście batalionów, z czego jednak tylko cztery przedstawiały pełną wartość bojową. Było tak m. in. dlatego, że latem 1939 r. ok. 12 tysięcy rezerwistów zostało ewakuowanych z powiatów nadmorskich w głąb kraju, natomiast transport broni z kraju, skierowany na Gdańsk, został przechwycony przez Niemców.
Tak więc siły Lądowej Obrony Wybrzeża wynosiły 1 września ponad 15 tysięcy żołnierzy (oficerów, podoficerów i szeregowych) i odpowiadały mniej więcej siłom dywizji piechoty o dużych brakach materiałowych i swoistej organizacji wewnętrznej, w której bataliony musiały z reguły wykonywać zadania pułków, a kompanie wytrzymywać ataki dziesięciokrotnie silniejszego wroga.
Problemy obrony lądowej były traktowane przez kierownicze koła Marynarki Wojennej marginesowo. Liczono się z możliwością desantu morskiego bagatelizując zagrożenie od strony granicy. Poprzednik Dąbka, płk Sas – Hoszowski, musiał pożegnać się ze swoim stanowiskiem na skutek konfliktu z Dowództwem Floty, zapatrzonym w swoje dalekosiężne plany działań zaczepnych na Bałtyku. Płk Dąbek „odziedziczył” konflikt z Morską Obroną Wybrzeża, nie posiadając ani kompetencji, ani sił i środków, które by odpowiadały ogromowi zadań bojowych Lądowej Obrony Wybrzeża.

- Przysłali mnie, abym wypił piwo, którego nawarzyli inni – powtarzał swym współpracownikom przy każdej okazji.




Otrzymał zadanie utrzymania przedpola Gdyni i Kępy Oksywskiej przez 3 dni a samej Kępy przez 7 dni. Utrzymał przedpole przez dni 12, a Kępy bronił przez owe wyznaczone 7 dni.
19 września ok. godz. 11 płk Dąbek połączył się z przebywającym na Helu kontradmirałem Unrugiem. Zameldował, że wyczerpał wszystkie środki obrony i pozostał sam ze sztabem. Opór Oksywia obliczał na godziny. Wyliczył straty oraz wymienił dowódców i oddziały, które wyróżniły się w walce i zasłużyły na odznaczenia. Po rozmowie z kontradmirałem zaapelował do obecnych przy nim oficerów i żołnierzy o dalszą obronę ostatniego skrawka Oksywia. Po zajęciu ostatnich linii obronnych wyczekiwał ataku.

Niemcy, w swych złowrogich hełmach, nadbiegli od strony morza. Nagły ogień z karabinu powoduje, że jeden z nich pada z rozkrzyżowanymi rękami. Dąbek obserwuje ich chodząc po skarpie wąwozu. – Hej tam, chodźcie tutaj! – krzyknął po niemiecku. – Nie bójcie się! Patrzcie, ja się was nie boję.
Nagle pocisk z moździerza rozrywa ziemię. Jeden z odłamków rani pułkownika. Ogłuszony i poraniony wyciąga pistolet z kabury.

- Ja nie skapituluję!...






ZAPRASZAMY NA STRONĘ:


http://www.lucastour.com.pl/



https://www.facebook.com/lucastour.rumia/

niedziela, 10 kwietnia 2016

JA NIE SKAPITULUJĘ!!! WOJNA PUŁKOWNIKA DĄBKA Część 1




Był 19 dzień września 1939 r. W schronie w Babich Dołach, pełniącym obowiązki sztabu dowódcy, zgromadziło się kilkunastu żołnierzy i oficerów. Ich widok nie był zachwycający. Brudni, zmęczeni, niektórzy ze śladami krwi na ubraniu. Barczysty mężczyzna w mundurze pułkownika kończył właśnie rozmowę telefoniczną.

- Przerwać kabel! – zakomenderował, gdy odłożył słuchawkę. Następnie rozejrzał się po zebranych. Jego przekrwione oczy zdradzały długotrwały brak snu.


- Tak oto skończyła się nasza rola jako dowódców – rzekł po chwili. – Nie przestaliśmy jednak być żołnierzami i swój żołnierski obowiązek wypełnimy do końca. Bierzcie karabiny i chodźcie ze mną. Będziemy walczyć jako ostatni oddział Lądowej Obrony Wybrzeża.


Skierował się ku wyjściu, lecz zanim wyszedł wziął do ręki opartą o ścianę szablę.
Zgromadzeni w bunkrze wybiegli za swym pułkownikiem. W rejonie sztabu leżeli zabici nawałami artyleryjskimi z morza żołnierze. Ostatni obrońcy zajęli pozycję na północnej krawędzi jaru, pośród drzew. Na prawym skrzydle przystanął pułkownik.
Dochodzące od północy i południa odgłosy walki stopniowo milkły. Oficer spojrzał przez lornetkę, wypatrując wrogich żołnierzy. Na chwilę przymknął przekrwione oczy. Ujrzał dom rodzinny, matkę, swych braci oraz starą twarz swego dziadka – powstańca z 1863 r. Dopiero teraz, w pełni zrozumiał jego gorycz i łzy, gdy podczas wypraw po rzeszowskich lasach dziadek opowiadał mu o klęsce bohaterskich insurgentów. W pułkowniku zawrzała krew.

- Nie pójdę na poniewierkę! – krzyknął przed siebie...







Tego samego dnia, po południu, Hubert Rechlin, kapitan Wehrmachtu, relacjonował swoim przełożonym:

"W Babim Dole broni się słabymi siłami sztab polskiego dowódcy. Nacierający z nieporównaną brawurą batalion Meidowa, po ranieniu majora – dowódcy, dowodzony przez dzielnego kapitana Luega, przełamuje rozpaczliwy opór tej grupy [...] Najbardziej skutecznym wsparciem dla batalionu są w jego walce jednostki batalionu Schudera, wdzierające się do Babiego Dołu. Moździerze batalionu Schudera zakończyły tu swoje ostatnie strzelanie w tym dniu... Nieprzyjacielski dowódca, który stawiał opór do ostatniego żołnierza popełnił samobójstwo. Został pochowany przez ok. 20 polskich i 4 niemieckich oficerów, zaraz na miejscu, w ziemi, na której tak mężnie walczył."






Stanisław Dąbek urodził się 28 marca 1892 r. w Nisku na Rzeszowszczyźnie, w zamożnej rodzinie chłopskiej. Na jego wychowanie przemożny wpływ miał dziadek Franciszek Pawęski, uczestnik powstania styczniowego. Dziadek pierwszy zafascynował młodego Staszka bronią, zabierając go na liczne polowania po okolicznych lasach. Opowiadał mu tam o swych przeżyciach, walkach, w których brał udział, lasach, które dawały mu schronienie przed wrogiem. Te młodzieńcze fascynacje nie kończą się wraz z dojrzewaniem. Stanisław Dąbek postanawia "włożyć żołnierski but" i ostatecznie w 1914 r. kończy austriacką szkołę oficerską w Baring. Czyni to w samą porę – niedługo Europa pogrąży się w Wielkiej Wojnie, w której zdobędzie pierwsze szlify. Walczy jako oficer liniowy w armii austriackiej. W 1918 r. jako doświadczony już żołnierz wstępuje do wojska Odrodzonej Rzeczypospolitej. W 1928 r. poprowadził w Tomaszowie Mazowieckim roczny kurs batalionu podchorążych rezerwy, a od jesieni 1929 r. wykładał w szkole podchorążych rezerwy w Zambrowie. Był dla swych podwładnych surowy i wymagający, ale to sprawiło, że słowo „Zambrowiak” było synonimem kogoś odważnego, prawego, zdyscyplinowanego. Wymagał od innych, ale przede wszystkim od siebie.


Pułkownikiem został wraz z objęciem dowództwa 7 Pułku Piechoty Legionowej w Chełmnie. Jego pułk wchodził w skład 3 Dywizji Piechoty, którego dowódcą był gen. Władysław Bortnowski. Nie jest to spokojny czas dla naszego bohatera. Jako były oficer austriacki nie był lubiany przez oficerów wywodzących się z Legionów Piłsudskiego. Uważali go za kogoś gorszego. Szukali okazji aby pozbawić go dowództwa, insynuując różne zaniedbania i nieprawidłowości w funkcjonowaniu pułku. Nie lubił go też gen. Bortnowski, także były legionista. Pułkownik, choć przeżywał te konflikty, nie załamał się. Postanowił wykonywać swoje obowiązki bez względu na przeciwności.



cdn...




ZAPRASZAMY NA STRONĘ:

http://www.lucastour.com.pl/


https://www.facebook.com/lucastour.rumia/

czwartek, 7 kwietnia 2016

ŻOŁNIERZ KOMENDANTA I STRAŻNIK MORZA



„Gdy dzisiaj zwracamy się do Ciebie, mamy także bóle i trwogi, do domu wraz z nędzą zaglądające. Chcemy, byś wierzył, że gorące chęci nasze, byś nie zechciał być w tym kryzysie nieobecny, osierocając nie tylko nas, wiernych Twoich żołnierzy, lecz i Polskę, nie są tylko zwykłymi uroczystościowymi komplementami, lecz, że niesiemy Ci prócz wdzięcznych serc i pewne, w zwycięstwach zaprawione szable!”

Tymi słowami zachęcał marszałka Piłsudskiego do przejęcia władzy w Polsce i zaprowadzenia w niej porządku w listopadzie 1925 r. W maju roku następnego, miał miejsce słynny zamach stanu, w wyniku którego Józef Piłsudski proklamował „sanację” państwa. A wśród tych, którzy utorowali mu drogę do władzy był właśnie on – generał Gustaw Orlicz – Dreszer. 





Działacz konspiracji patriotycznej w czasie zaborów, żołnierz Legionów, uczestnik wojny polsko – bolszewickiej 1920 r. Podczas zamachu majowego dowodził wojskami zbuntowanymi (szefem sztabu był pułkownik Józef Beck). We wrześniu 1926 wyznaczony został na stanowisko generała do prac przy Generalnym Inspektorze Sił Zbrojnych z pozostawieniem na stanowisku dowódcy 2 Dywizji Kawalerii. Od 1930 pełnił funkcję prezesa Zarządu Głównego Ligi Morskiej i Kolonialnej. 15 grudnia 1930, po awansie na generała dywizji mianowany został inspektorem armii. 8 grudnia 1933 uczestniczył w ceremonii poświęcenia portu i dworca morskiego w Gdyni. I to właśnie z Gdynią związał się na zawsze…

16 lipca 1936 r. samolot RWD - 9, z Generałem na pokładzie, w trakcie lotu w kierunku statku MS „Piłsudski”, którym wracała z USA jego druga, amerykańska żona, runął do wód Zatoki Gdańskiej.  Do katastrofy doszło o godz. 14.14. Pomimo natychmiastowej akcji ratunkowej podjętej przez kilka statków, zginęli wszyscy znajdujący się na pokładzie samolotu oficerowie – gen. dywizji Gustaw Orlicz-Dreszer, ppłk dypl. Stefan Loth i kpt. pil. Aleksander Łągiewski. Wrak samolotu doholowano do mola w Orłowie i tu wydobyto ciała ofiar oraz szczątki samolotu. Okoliczności śmierci Gustawa Orlicz – Dreszera nie są jasne i od początku budziły wątpliwości. Na pewno znał on wiele tajemnic przeprowadzonego w 1926 r. zamachu stanu w Polsce i wiedza ta mogła być dla kogoś niewygodna. Według sprawozdania specjalnej komisji, która badała ten wypadek, stwierdza się, że w czasie katastrofy ,,wiał od strony orłowskiego klifu silny, porywisty wiatr z prędkością w porywach di 100 km/godz. Miejsce to charakteryzują silne wiry powietrza i prądy zstępujące, spowodowane różnicą poziomów i temperatury powietrza. To one spowodowały przechył samolotu na przód i na skrzydło, a następnie jego zderzenie z powierzchnią wód Zatoki”.

W chwili śmierci, urodzony w 1889 roku Generał, liczył zaledwie 47 lat. Oficerów pochowano w Warszawie, zaś pogrzeb Generała odbył się w Gdyni, w dniu 27 lipca 1936 roku. W uroczystościach pogrzebowych uczestniczyli najwyżsi przedstawiciele władz cywilnych i wojskowych na czele z Prezydentem RP Ignacym Mościckim i Marszałkiem Rydzem – Śmigłym. Ponieważ generał Orlicz-Dreszer nie był katolikiem, zaistniał problem z organizacją nabożeństwa pogrzebowego. Proboszcz parafii oksywskiej zarzekał się bowiem, że nie wpuści za bramę kościoła grzesznika, rozwodnika i innowiercy. W związku z tym oficerowie biorący udział w uroczystości postanowili wcześniej wymontować z kościoła drzwi. Ciało generała złożono na nowo otwartym cmentarzu wojskowym na oksywskim urwisku…

W trzecią rocznicę śmierci Generała, 16 lipca 1939 r. jego zwłoki przeniesiono do krypty znajdującej się u podnóża monumentalnego mauzoleum, zlokalizowanego nieopodal dotychczasowego miejsca pochówku. Nad wejściem do krypty umieszczono napis ORLICZ-DRESZER, a po bokach „Żołnierz Komendanta i Strażnik Morza”. Długo jednakże tam nie spoczywał. 1 września Polska stał się ofiarą niemieckiej agresji, a po zdobyciu Kępy Oksywskiej okupanci zdewastowali i wysadzili mauzoleum. Trumnę z generałem Orlicz – Dreszerem usunęli. Jakie były jej dalsze losy - do dziś nie wiadomo...





ZAPRASZAMY NA STRONĘ:

http://www.lucastour.com.pl/


https://www.facebook.com/lucastour.rumia/



email: kontakt@lucastour.com.pl
biuro@lucastour.com.pl





GROBOWIEC "SMOKOBÓJCY"



„… dla uczczenia go pogrzebem pospieszyli najpierwsi panowie polscy i cały lud bez różnicy i zgodnie ze zwyczajem tego dnia pogrzebali go z należnym szacunkiem i żalem na górze Lasoty, która zwrócona jest w stronę Krakowa. Mogiłę zaś jego, by była trwalsza i wieczna, i żeby potomni o niej nie zapomnieli, dwaj synowie Kraka, zgodnie ze specjalnym pouczeniem za życia ojca, do takiej wznieśli wysokości, sztucznie i przemyślnie nadsypując, by sam szczyt góry , na którym go złożono, panował nad wszystkimi dokoła wzniesieniami”.




Tymi słowami Jan Długosz, XV – wieczny polski kronikarz, autor monumentalnych Roczników, opisuje wzniesienie w stolicy Królestwa Polskiego mogiły legendarnego założyciela Krakowa – księcia Kraka, zwanego też Smokobójcą. „Grobowiec wzniesiony w ten sposób” – stwierdza dalej Długosz – „świadczy także, że był on (Krak) Rzymianinem, gdyż Romulus, założyciel miasta Rzymu, miał grób na kształt pagórka tymże sposobem wzniesiony z kamienia”. Inny polski kronikarz – Wincenty Kadłubek, zwał Kraka z łacińska: „Gracchus”, chcąc niewątpliwie porównać go do rzymskiego prawodawcy i opiekuna obywateli Tyberiusza Gracchusa. Nie bez znaczenia może być też fakt, że pierwsze informacje o Kraku pojawiają się w kronice Kadłubka, kiedy opisuje on walki Polaków z Rzymianami. Mianowicie gdy walki ustały Polacy mieli zająć pewne miasta, w których następnie ustanowili namiestników. W tym samym czasie obrali także księcia, którym został właśnie Krak. Książę, poza działalnością ustawodawczą, miał uratować także rządzone przez siebie państwo przed terroryzującym go potworem – zwanym przez Kadłubka „Całożercą”, znanym nam pod popularną nazwą smoka.  W dowód uznania dla Kraka seniora po jego śmierci rozpoczęto budowę miasta na skale, w której mieszkał ów straszny „całożerca”. Mistrz Wincenty notuje też, że nazwę miasta Kraków niektórzy wywodzą od krakania kruków, które zleciały się, by żerować na ciele pokonanego potwora. 



Kopiec Kraka jest najstarszym z pięciu słynnych krakowskich kopców. Mierzy od podstawy 16 metrów, a jego szczyt położony jest na wysokości 271 m n.p.m. Przez stulecia stanowił miejsce pogańskich kultów. Później przez długie lata palono tam zaduszkowe ognie, organizowano pogrzebowe stypy i oddawano cześć zmarłym. Z kopcem związana jest tradycja tzw. „Rękawki” obchodzonej we wtorek po Wielkanocy. Jej nazwa wywodzi się z legendy, według której lud  usypał mogiłę Kraka nosząc ziemię z rękawach. Określenie „rękawka” pojawia się we fraszce Jana Kochanowskiego i określa usypany rękami grobowiec. Zgodnie z przekazami źródłowymi od XVII w. ze szczytu kopca zrzucano owoce, słodycze i pieniądze zbierane przez biednych i dzieci u jego podnóża. Świadczą o tym także znalezione w powierzchownych warstwach gleby monety z różnych okresów dziejowych. Do połowy XIX wieku Rękawka odbywała się na samym kopcu, jednak przeniosła się na górę św. Benedykta w północnej części wzgórza Lasoty. Dziś ma ona charakter jarmarcznego odpustu. Święto to związane jest z pogańskim świętem wiosny, a przypomina też pogańskie obchody na cześć zmarłych – tzw. Dziady.





ZAPRASZAMY NA STRONĘ:

http://www.lucastour.com.pl/


https://www.facebook.com/lucastour.rumia/

email: kontakt@lucastour.com.pl
biuro@lucastour.com.pl




środa, 6 kwietnia 2016

KRWAWA HRABINA Z CZACHTIC


Czachtice (Čachtice) w zachodniej Słowacji to urocze miasteczko położone w dolinie pośród Karpat. Nad miastem górują malownicze ruiny gotyckiego zamku, do którego regularnie kierują swoje kroki turyści odwiedzający tę część kraju. Co ich tam przyciąga, oprócz ruin i krajobrazu?... Legenda „Wampira Siedmiogrodu”!!!

Ale nie chodzi tu oczywiście o słynnego Nosferatu. Tym wampirem, a właściwie wampirzycą miała być węgierska arystokratka, Elżbieta Batory, zwana też Krwawą Hrabiną z Czachtic. Elżbieta była członkinią jednego z najbogatszych i najpotężniejszych rodów szlacheckich Siedmiogrodu; więzy pokrewieństwa łączyły ją z przyszłym królem Polski Stefanem Batorym. Była kobietą wielkiej urody, a przy tym pochwalić się mogła wyjątkową inteligencją – nauczyła się płynnie władać węgierskim, łaciną i niemieckim. W 1575 roku Elżbieta Batory poślubiła Ferenca Nádasdy, który sprezentował jej zamek w Czachticach. Warownia chroniąca granicy z Węgrami została przekształcona w znacznie większe gotyckie zamczysko. Gdy mąż Elżbiety zmarł w 1604 r. przebywała stale na zamku. To właśnie od tego czasu zaczęły pojawiać się niepokojące wieści dotyczące tego, co tam się dzieje. Wkrótce zaczęły ginąć dziewczęta z pobliskiej wioski, a te, które szły na służbę do hrabiny Batory już nie wracały do domu. Pojawiły się plotki, że hrabina lubuje się w… wymyślnych torturach, a w celu zachowania młodości kąpie się we krwi porywanych dziewcząt! Elżbieta miała uwierzyć, że poprzez odebranie komuś krwi można przejąć jego cechy fizyczne i duchowe. W ten sposób miała zapewnić sobie nieśmiertelność. 

Elżbieta Batory pojmana została przez swego kuzyna, hrabiego Thurzo, palatyna Węgier. Jej proces rozpoczął się na zamku w Bytczy kilka tygodni później, 2 stycznia 1611. Stał się wielką publiczną sensacją; na salę sądową ściągały tłumy, by śledzić jego przebieg. Decyzją hrabiego Thurzo Elżbietę sądzono jedynie za wielokrotne przestępstwa o naturze kryminalnej, natomiast o wampiryzm i czarnoksięstwo oskarżono jej sługi. Współuczestników zbrodni skazano na karę śmierci, samą zaś Elżbietę jako wysoko urodzoną damę, która do końca nie przyznawała się do zarzucanych jej czynów, na zamurowanie żywcem w jednej z komnat zamku. Pozostawiono jedynie otwór do podawania pożywienia; miała tam przebywać do śmierci…

Czy rzeczywiście Elżbieta Batory zasłużyła na miano „Krwawej Hrabiny”?... Czy też były inne powody, dla których oskarżono ją o te okropne zbrodnie i odcięto od świata?... Może dowiemy się czegoś więcej, gdy odwiedzimy tajemniczy zamek w Karpatach?...





SERDECZNIE ZAPRASZAMY NA STRONĘ:



email: kontakt@lucastour.com.pl 
biuro@lucastour.com.pl







niedziela, 3 kwietnia 2016

PIORUNY KULISTE NAD KANZELBERGIEM



Słowo „Kazalnica” kojarzy nam się z kościelną amboną, z której osoba duchowna wygłasza kazanie. Kojarzy nam się też z Tatrami, gdzie nazwano tak stromo podciętą skałę na zachodnich zboczach Ciemniaka. Ale Kazalnicą  (niem. Kanzelberg) – nazwano też Górę Swochowską, znajdującą się na terenie Gminy Banie na granicy powiatów pyrzyckiego i gryfińskiego.  Od zawsze wzbudzała ona zainteresowanie badaczy zjawisk… dziwnych i budzących emocje. To tam z dużą siłą uderzały pioruny. Tam również pojawiały się pioruny kuliste, przypominające coś w rodzaju płonących kul, które pojawiały się nad powierzchnią góry, utrzymywały się w powietrzu, po czym nagle zmieniały kierunki i szybowały gdzieś dalej! Pioruny też miały zawsze silnie oświetlać ten teren. Jeśli wierzyć badaczom sprzed 200 lat, w XI – XII wieku odbywały się tam dziwne pogańskie obrzędy. Niektórzy twierdzą, że na Górze Swochowskiej miały również miejsce sabaty czarownic… 

Do dzisiaj nie wszyscy decydują się na wejście na sam wierzchołek, porośniętej brzozami, przyciągającej kuliste pioruny, tajemniczej góry…





 ZAPRASZAMY NA NASZĄ STRONĘ INTERNETOWĄ:


email: kontakt@lucastour.com.pl

biuro@lucastour.com.pl